Historia

Zanim zabierzesz się do czytania, zapnij pasy, bo historia Le Moora jest rozpasła, intrygująca i przewrotna. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale to wszystko wydarzyło się naprawdę..

Sierpień dwa tysiące piątego roku

Dzień był wyjątkowo słoneczny. Kolbuszowianka wygrała mecz, a ja zdecydowałem się pójść do centrum Kolbuszowej. Po co? Chyba tylko po to, aby kogoś spotkać, bo to był dla mnie wyjątkowo trudny czas. Straciłem kobietę i było mi naprawdę ciężko. Moje bóle leczyli znajomi, których nigdy mi nie brakowało. I tak spacerując po kolbuszowskim rynku wpadłem na Przemka Nowaka, któren znalazł się w zupełnie podobnej życiowej sytuacji. Szybko uzgodniliśmy, że dobrym lekarstwem może być piwo. Przemek oznajmił mi również, że dotrze do nas Kuba Przyczyna, którego znałem od najmłodszych lat z obozów narciarskich.

I właśnie wtedy, spijając kolejny browar, Kubuś pochwalił się, że dokonał zakupu gitary basowej. Mało tego! W jego garażu wraz z Leonem (czyli moim kuzynem) coś próbują pogrywać. Zrozumiałem wtedy, że to jest przeznaczenie. Wszystko w moim życiu musiało się widocznie potoczyć tak, abym zasmucony spotkał ich wszystkich właśnie wtedy. Bo właśnie w ten sierpniowy wieczór rozpoczęła się najpiękniejsza przygoda mojego życia.

Nazajutrz spotkaliśmy się u Jakuba w garażu. Był już Leon. Jego gitara podpięta była do aktywnego odsłuchu wokalowego, Kuba miał miniaturowy wzmacniacz Fendera. Musiałem szybko zorganizować mikrofon, co zresztą powiodło się Garaż u Kubybez większych kłopotów, bowiem Xristof (zaprzyjaźniony raper) takowy posiadał. Podpiąłem się zatem do tego samego odsłuchu, z którego rozbrzmiewała Leona gitara. Gitary kompletnie nie stroiły, a myśmy nawet nie mieli tego świadomości. No, zero kompletne. Graliśmy. Ale nie było bębniarza i perkusji. Wtedy przypomnieliśmy sobie, że nasz przyjaciel o ksywie Boczek, posiada bębny. A ja pomyślałem, że bębniarzem mógłby zostać mój młodszy brat. Ten jednak ma słomiany zapał i pomógł nam jedynie przynieść bębny. A gdy już za nimi siadł, czym prędzej spitolił do domu i więcej już się nie pokazał. Znów zostaliśmy na lodzie, bez bębniarza, ale z bębnami. I w tym momencie Leon wpadł na pomysł, by zadzwonić po swojego brata - Grubego, który drzewiej na kółko werblistów chodził do Miejskiego Domu Kultury w Kolbuszowej. Sebastian zjawił się po kilku minutach, cały spocony. To był pierwszy i ostatni raz zarazem, kiedy Gruby się nie spóźnił na próbę. No i graliśmy, graliśmy, graliśmy. Byliśmy z siebie dumni, Gruby stukał w werbel, stopę i jeden talerz. Jak dziś oglądamy nagranie z naszej pierwszej próby, to zrywamy boki, ale wtedy czuliśmy się jak mistrzowie. Wtedy czuliśmy, że zaczyna się wspaniała przygoda w naszym życiu. I mieliśmy wszyscy rację. Przez następne dwa tygodnie spotykaliśmy dzień w dzień w garażu u Kuby, grając od 9 do 13, a potem od 14 do 20. Mijał czas, byliśmy słabi, ale krok po kroku robiliśmy postępy. Po miesiącu gry ktoś nam zwrócił uwagę, że na próbie trzeba być nastrojonym. I od tamtej pory zawsze jesteśmy nastrojeni. Gitarzyści (Kuba i Leon) opatentowali nawet strojenie ze słuchu, przez frazeloty, czy jak oni to tam sobie nazywają. A ja, zawsze głuchy jak pień, potrafię już nawet określić, kiedy coś stroi, a kiedy nie. Tak jest. Bo od tamtej pory odbyliśmy już setki prób, zagraliśmy tyle koncertów, o ilu nawet nie marzyliśmy.

Tłukąc tak każdego dnia robiliśmy niewyobrażalne postępy. W między czasie dołączył do nas Piotrek Wilk z drugą gitarą. Towarzysko bardzo pasował do tej kapeli, lubiliśmy się i zawsze kiedy Piotrek był - było wesoło. Problem w tym, że Piotrek na próbach bywał rzadko. Myśmy szli do przodu, a on stał w miejscu, co rodziło niepotrzebne konflikty, które udało się przeżyć jedynie do pierwszego koncertu..

Plakat w K2Myśmy w ogóle nie byli gotowi na ten pierwszy koncert, ale mój przyjaciel z warszawskiej kapeli Mama Selita uprosił mnie o zorganizowanie im sztuki w Kolbuszowej. Właśnie wtedy skończyły się przelewki. Wszyscy z muzyką obcowaliśmy może dwa miesiące, a za kilka tygodni czekał nas pierwszy koncert. Pracowaliśmy od rana po zmierzch. Powstały nasze pierwsze piosenki. Jedna z nich, nieco przerobiona, gości w naszym repertuarze do dziś. To "Skrzyżowanie", czyli piękny w swej prostocie utwór o tym, że jeżeli życie nam coś zabierze, to przecież musi oddać. Moje wszystkie życiowe ból ukoił Le Moor, przygoda życia. Wiedziałem o tym od samego początku.

4 listopada dwa tysiące piątego roku już o godzinie 15:00 zjawiliśmy się w K2. Ustawiliśmy tam podesty i oczekując na Stacha Długosza (akustyka ze sprzętem) i kolegów z Mamy Selity, robiliśmy w pory. To była jakaś masakra, paraliżujący stres, ale i piękno - i magia! Kolbuszowską knajpę z godziny na godzinę nawiedzało coraz więcej klientów. Przed 20:00 w piwnicy, gdzie odbywała się sztuka, zrobił się potworny ścisk. Możemy się umówić, że takiego natężenia gości w historii tego klubu jeszcze nie było. Słyszymy naszych znajomych skandujących głośno: „Le Moor, Le Moor!” No i zaczęło się. Trochę nie stroiło, wszystko było totalnie nierówno, ale za to cudownie. Trauma, niesamowite przeżycie. My gramy, a wypełniona po brzegi piwnica (głównie nasi znajomi i znajomi znajomych) tańczy, krzyczy i śpiewa. Zagraliśmy chyba 8 numerów i przepoceni podziękowaliśmy za swój występ. Aplauz nie ustawał, więc powtórzyliśmy któryś z kawałków, a następnie zeszliśmy z maluteńkich podestów, by ustąpić gwiazdom z Warszawy. Przepaść między nami była niewiarygodna. Ale nam wtedy to nie przeszkadzało. Wszak 4 listopada 2005 roku uwierzyliśmy, że Le Moor może być naszym sposobem na życie. A czekała na nas ciężka praca. I pracowaliśmy rzeczywiście bardzo ciężko. Z perspektywy czasu patrząc na te wydarzenia jestem pewien, że Kuba i Leon uwierzyli w tę kapelę tak samo mocno jak ja. Niestety, do grania poważnie nie podchodził Piotrek. Niewyobrażalne postępy całej kapeli nie szły w parze z postępami w przypadku Piotra, która albo nie przyszedł na próbę, albo nie ćwiczył w domu wcale. Piotrek był za to mistrzem robienia atmosfery na próbach. Kiedy my graliśmy, to on dzwonił po pizzę i przynosił piwo. Niestety, generalna złość w zespole narastała, a największy temu upust dawał Leon, który z Piotrkiem pokłócił się śmiertelnie, nad czym większość z nas bardzo ubolewa. Piotr odszedł z Le Moora po pokojowej rozmowie ze mną. Mniej więcej w tym samym czasie Gruby na próbę przyprowadził Krzysztofa Białka, który do zespołu wniósł bardzo wiele. Dodał świeżości i umiejętności. Tylko nie pił piwa i nie pije do dzisiaj.

Mimo tego, że nie umieliśmy grać, przez nasze miasteczko rozniosła się plotka, że oto powstał zespół kompletny, magiczny wręcz. Przez kolejne 6 tygodni przygotowywaliśmy się do kolejnego koncertu, kiedy na deskach Miejskiego Domu Kultury w Kolbuszowej mieliśmy supportować hard-core'owe Koncert w MDK przed Pignationgwiazdy: Pignation oraz Blood Is The Harvest. Te sześć tygodni były nieprawdopodobnym przeskokiem w czasie. Wszystko zaczynało stroić, nie było już Piotra, ale był Krzysiek z doskonałym słuchem. Mieliśmy już materiał lepszy i graliśmy tak, że już prawie nie trzeba było wobec nas stosować słowa "obciach". Poczta pantoflowa sprawiła, że na koncercie zjawiły się tłumy. Pamiętam, że jak wyszedłem na scenę, to zadrżały mi nogi. Ale cóż to? Stres minął, bo wypełniony Dom Kultury aż się trząsł w rytm podskakującej publiczności. Było pięknie. Czuliśmy się jak gwiazdy. A to był przecież dopiero początek tej pięknej przygody. I żeby oddać honor - myśmy wtedy byli jeszcze zwyczajnie słabą kapelą, ale pomoc znajomych w rozpuszczaniu plotki i tłumy na kolejnych koncertach dały nam pozytywnego kopa do dalszej pracy. W naszym przypadku praca to słowo klucz. Nie zatrzymywaliśmy się. Chcieliśmy być coraz lepsi, mieć coraz więcej lepszych piosenek, przede wszystkim własnych. Ja chciałem pisać ciągle lepsze teksty, chcieliśmy mieć lepszy sprzęt, chcieliśmy być jak najwięksi w tym kraju. Chcieliśmy zrobić coś, żeby powiedzieć sobie kiedyś: 'Kurwa mać! Zagraliśmy w największych klubach w tym kraju!" Udało się, ale o tym później..

Kolejny koncert był w lutym dwa tysiące szóstego roku. Również w Miejskim Domu Kultury. Właśnie wtedy padł rekord frekwencji w tym miejPajdascu. Na nasz koncert przyszło 400 osób. Współdzieliliśmy wtedy scenę z zaprzyjaźnionym C4 (obecnie Irena) oraz Wu-Hae. Obie kapele były od nas milion razy lepsze, ale to nasza publiczność sprawiła, że znów byliśmy gwiazdami. Pamiętam, że technicznym i akustykiem Wu-Hae był niejaki Pajda (później pracował w Lao Che). Podczas naszego występu co chwilę wbiegał na scenę i skakał w tłum. Wszyscy byli oszołomieni tym, co się stało. A wieść o tym, że w Kolbuszowej jest zajebista kapela (dalej grubo przesadzona teza) rozeszła się poza granice naszego miasta.

Dostaliśmy zaproszenie na koncert w Rzeszowie w klubie Piano. Mieliśmy supportować formację Guadalajara. W dniu imprezy okazało się, że zagraniczna grupa się jednak nie zjawi na miejscu. Przekonałe organizatora, żeby nie odwoływał sztuki, bo to my zapewnimy frekwencję. I rzeczywiście - opłaciło mu się, bo z Kolbuszowej do Rzeszowa przyjechał autobus (!!!) sympatyków Le Moora. Ponadto przyszli sympatycy Guadalajary i zdecydowali się zostać. Znów było szaleństwo. Byliśmy dumni. Więc wracamy do słowa klucz - praca!

Komponowaliśmy i próbowaliśmy bezustannie. Coraz fajniejsze rzeczy nam wychspinodziły, mordy się cieszyły, a efektem wszystkiego była desygnacja nas jako support dla T-Love'u podczas Dni Kolbuszowej. Małego koncertu już byśmy się nie bali, ale to był wielki koncert, w dodatku pierwszy w plenerze. Po raz kolejny pomogła nam "Grupa Wsparcia", choć Gruby, który jako pierwszy wszedł na scenę i zobaczył 5 tysięcy osób, chciał z niej zejść. Jakoś poszło. Zostaliśmy bardzo dobrze przyjęci. Wspominamy ten występ bardzo przyjemnie, choć dziś jak oglądam nagranie z tego koncertu, to wyłączam je po kilku sekundach. Tego wieczoru po koncercie Staszczyka i ekipy postanowiliśmy pójść na piwo do lokalu Galicji, gdzie przesiadywali lokalni bluesmani z formacji Blue Ink. No i wyobraźcie sobie Państwo: zonk!

- Po co wy w ogóle wychodzicie na scenę, skoro wy nie umiecie grać? To było żenujące - wykrzyczał do nas jeden z nich.

- Przepraszamy... - odparłem zakłopotany.

Ale w momencie kiedy poleciała w naszym kierunku kolejna wiązanka zrozumiałem, że krytyka choć zasadna, to przykra, bo wynikająca chyba trochę z zazdrości. Wypowiedziana nie takim tonem, jakim powinna być wypowiedziana. Nie wypiliśmy tego piwa. Ze łzami w oczach zdecydowaliśmy się wrócić do domu. Mimo wszystko, słowa bluesmanów wzięliśmy sobie do serca. Oznaczało to mniej więcej tyle, że jeszcze więcej roboty przed nami. I dobrze.

Po spektakularnym supporcie czekały nas wyjazdowe sztuki, znowu do Rzeszowa (juwenalia), gdzie zastała nas ulewa i słuchali nas tylko akustycy z firmy RSC, a także do Głogowa Małopolskiego, gdzie było.. gdzię się działo...

Dęciaki: Michał i MarcinPrzed koncertem w Głogowie Małopolskim dołączył do Le Moora Michał Salach z trąbką. Grał jak grał, czasami nie łapał się kiedy ma grać i co ma grać, więc zdecydowaliśmy, że zadebiutuje tylko w jednym numerze, bo trzeba było w nim grać jedynie dwa dźwięki. Do Głogowa znów przyjechał autobus z Kolbuszowej. O dziwo, miejscowych przyszło równie dużo, więc sala Domu Kultury była wypełniona niemal po brzegi. Zabawa trwała w najlepsze, kiedy na salę wpadła mocno agresywna grupa kiboli. Bandyci rozgonili przestraszone towarzystwo przed sceną i zaczęli nam grozić. Mieliśmy w porach i chcieliśmy spieprzać, gdzie pieprz rośnie, ale momentalnie zjawiła się ochrona, która rozprawiła się z towarzystwem błyskawicznie. Koncert dokończyliśmy w spokoju i wydawało nam się, że ten wieczór już do końca będzie piękny. Nic bardziej mylnego. Kiedy złożyliśmy graty ze sceny i dotarliśmy zeń do naszego busa zza rogu wyskoczyła ta sama grupa bezmózgów. No i proszę Państwa problem! Bowiem podchmielony debiutant, Michał Salach, zdecydował się walczyć z bandziorami. Co za pomysł w ogóle? Zamiast spieprzać, to Michał rozpoczął bójkę. Na szczęście z odsieczą przyszli nasi sympatycy. Ostatecznie Michał stracił zęba i nikomu nic więcej się nie stało, bo komisariat policji znajdował się 100 metrów od Domu Kultury, więc patrol zjawił się natychmiastowo. Głogów Małopolski opuściliśmy w eskorcie policji.

Do kolejnego koncertu Le Moor już z Marcinemprzystępowaliśmy jako septet. Michał przyprowadził na próbę Marcina Batorego z puzonem. Od razu zaczęło żreć! Marcin kumał więcej niż Michał i powymyślał partie dla dęciaków do niemal wszystkich piosenek. Od tamtej pory Le Moor już zawsze występował z sekcją dętą, mimo że doszło do jej reorganizacji, ale o tym w odpowiednim czasie.

Do końca 2006 roku zagraliśmy jeszcze kilka koncertów nabierając doświadczenie i szerząc rozgłos o kapeli głównie w województwie. Było i śmiesznie i smutno, ale zawsze pozytywnie. Śmiesznie, bo w Krośnie podczas naszego koncertu na lotnisku lądowały samoloty, które kompletnie nas zagłuszały, a smutno, bo w Sanoku organizator nie zwrócił nam umówionej kwoty za dojazd. Zabawna była też sztuka w rzeszowskim Reaktorze Sztuki. Nowym właścicielem lokalu na Podpromiu był jakiś Irlandczyk, który wmawiał nam, że jak się nie napijemy, to nie zagramy. Dostaliśmy zatem skrzynkę piwa, którą wypiliśmy przed koncertem. Irlandczyk widząc, że sobie z nią poradziliśmy, przyniósł drugą i kazał pić. Nie daliśmy rady, bo tempo było zabójcze. O dziwo, występ został dobrze odebrany przez rzeszowską publiczność. No, prawie. Sytuacja skomplikowała się podczas bisów. Nasz ówczesny bębniarz - Gruby - zasłabł z powodu nadużycia alkoholu. Rzecz była o tyle poważna, że Sebastian spadł z krzesła, a następnie.. z podestu, który stanowił tego dnia scenę. Występu nie udało się dokończyć. Impreza miała swój kres w klubowym kiblu. Gruby wymiotował jeszcze przez dwie godziny.

W ogóle - jeżeli chodzi o kasę, to jesteśmy najtańszą kapelą w Polsce. Najlepiej płatne dla nas koncerty to jak do tej pory koncerty charytatywne. Mówię to z pełną świadomością i odpowiedzialnością. Tak jest naprawdę.

Dwa tysiące siódmy rok był dla nas jeszcze bardziej pracowity. Był to również rok pełen zmian. Mieliśmy za sobą już kilka wizyt w studiach nagraniowych, kilka demówek i bagaż doświadczeń. Przyszedł czas na poważne granie. A Gruby coraz rzadziej przychodził na próby. Mówiąc serio: miał tę kapelę w dupie. Frustracja rosła. Aż pewnego dnia czara goryczy się przelała. Poszliśmy wtedy do Dawida Magdy z grupy Exit, bo polecił nam go Stachu Długosz. Dawid, wtedy czternastolatek, szybko się zgodził. Prędko okazało się, że to strzał w dziesiątkę. Był niesamowicie pojętny i miły. Zaproszenie sypały się zewsząd, więc supportowaliśmy Lao Che w Rzeszowie, Raz Dwa Trzy w Jaśle, by wreszcie stanąć na jednej scenie z grupą Kult. Kult to kapela, której sympatyzowałem od najmłodszych lat, choć reszta kapeli szukała inspiracji gdzie indziej. Zresztą moje horyzonty też się rozszerzały, ale Kult to jednak zawsze sprawa niebywała, autorytet i szacun. Kult to Kult. Właśnie wtedy, przed tym ważnym koncertem, Michał Salach wyjechał na studia i musiał się z nami boleśnie rozstać. Jednak zachował się wzorcowo w tej sytuacji i polecił nam Kamila Kozaka. Pamiętam moją rozmowę telefoniczną z Kamilem.

- Cześć. Eeeee, nazywam się Dorian Pik i, eeeeee, polecił mi cię Michał, eeeee, nie chciałbyś grać w Le Moorze na trąbce, eeeee...- zagadnąłem.

- W tej mało znanej kapeli? No pewnie, że chce - odpowiedział.

Kamień spadł mi z serca, bo Leon mi wcześniej mówił, że spotykał go w autobusie i wyglądał tak groźnie, jakby wszystkim dookoła chciał spuścić klasyczny wpierdol. Kamil już na pierwszej próbie nas oczarował. Był o niebo lepszy od Michała. Czuł to wszystko i byliśmy szczęśliwi, że ktoś taki jest z nami, choć na początku wszyscy się go baliśmy. Na próby przychodził jednak rzadko, więc okazja by się bliżej poznać odciągała się w czasie. Koleś, do którego większość była sceptycznie nastawiona, stał się częścią nas. W dodatku dziś nie wyobrażamy sobie tego zespołu bez Kamila. Kurwa, nie macie pojęcia jak zajebistego gościa pozyskaliśmy. Przed "kultowym" koncertem Kamil zdążył zagrać z nami jeszcze na Spinaczu. Debiutowali wtedy razem z Dawidem. Ale support w Łowisku to było wydarzenie. Widzieliśmy wtedy ze sceny, że cały band Staszewskiego obserwuje nasz koncert. Trema była więc potężna, ale po raz kolejny w sukursk przyszła publiczność. Rozluźnili nas, więc sztuka do końca przebiegła w super atmosferze. Pamiętam, że już w czasie kiedy grał Kult, co chwilę zaczepiał mnie ktoś w tłumie, gratulując koncertu. To było bardzo miłe. Ten koncert był też premierą dla numeru "Zimzaladim", czyli pierwszej, naprawdę dojrzałej kompozycji Le Moora. Znowu wróciliśmy do pracy. W tym czasie przyszły do nas także złe wieści. Okazało się, że Marcin jest chory. Choroba jest na tyle poważna, że lekarz zabronił mu grać na puzonie. Znowu byliśmy w kropce. Szybko jednak udało się wybrnąć sytuacji, bowiem na naszym koncercie w Łowisku był Łukasz Ziemba, saksofonista Anty-Apartheid, który napisał do mnie, że ma ochotę zasilić nasz skład. Był zbawieniem! W piątek przybył na pierwszą próbę, a w sobotę już grał z nami koncert. Tak wykrystalizował się skład Le Moora, w którym trwamy do dzisiaj. W zespole, jak w rodzinie, czasami się kłócimy, innym razem nie wyobrażamy sobie życia bez siebie. Ale to właśnie te siedem osób tworzą Le Moora takiego jaki jest.

Początek dwa tysiące ósmego roku był przepiękny. W marcu znowu supportowaliśmy Kult. Kultowa publiczność nawet zaczęła nas rozpoznawać. W nowym składzie szybko powstał nowy repertuar, który do dziś jest przez nas grany. Zresztą właśnie w tym czasie powstała moja ulubiona kompozycja pt. Flamenco. To najlepszy tekst jaki w życiu popełniłem. W kwietniu Dr Yry zaprosił nas do supportowania L-Dópy w Rzeszowie. O rety, to było wydarzenie! Przyjechaliśmy na miejsce pewni siebie. Ale pewność siebie skończyła się wtedy, kiedy Yry zaproponował byśmy zagrali Lewe Lewe Loff, a on już przekona Kazika, żeby zaśpiewal z nami. Kurde, nie wyobrażałem sobie tego, bośmy ten cover zrobili, ale miał zupełnie inny rytm. Bałem się o Kazika. Poza tym, kurde, była to rzecz jednak paraliżująca. Wyszliśmy na scenę, a ja dalej nie porozmawiałem z Kazikiem, nie wytłumaczyłem mu, co się będzie działo, ani nie wiedziałem, czy rzeczywiście z nami wyjdzie. Kiedy Dawid wybił pałeczkami, że startujemy, ktoś zza sceny krzyknął: "STOP!". No więc wychodzę zobaczyć, co się dzieje. Stali we dwóch: Yry i Kazik Staszewski. Szybko dobiliśmy targu.

- Ja pierwszą zwrotkę, ty drugą, ja trzecią, refreny razem, ok? - zagadnąłem.

- Ok - odpowiedział Kazik.

- No to zagramy to jako czwarty numer, ok?

- Ok - odpowiedział Kazik.

Byłem tak przejęty, że nie pamiętam nic z tego koncertu poza Lewe Lewe Loff z Kazikiem. Wyszło zajebiście. O ja głupi, że martwiłem się o kolesia, który od trzydziestu lat śpiewa na polskiej scenie. Staszewskiemu wystarczyło się przysłuchać, co ja robię w pierwszej zwrotce, by wyśpiewać drugą wzorcowo. Na YouTube'ie jest nagranie z tego koncertu i ma kilkanaście tysięcy odsłon. Refreny wyszły, niestety, gorzej, bo ja je śpiewam wyżej, a Kazik niżej i nie stroimy. Na koniec Kamil też przyfałszował na trąbie, ale to się przecież zdarza, a w takim momencie jest tym bardziej wybaczalne. Byliśmy dumni.

Do końca roku zagraliśmy jeszcze kilka mniej ważnych koncertów. Stworzyliśmy nowe numery: Mydełko, Padnij, Szewc po to, by wiosną dwa tysiące dziewiątego roku wejść do studia nagrań.

Dwa tysiące dziewiąty rok rozpoczęliśmy od mocnego uderzenia. Otrzymaliśmy telefon z miejscowości Siemiatycze, oddalonej od Kolbuszowej o 500 km. Byliśmy w szoku, więc zapytałem organizatorów, skąd wiedzą o naszym istnieniu. "No przecież jesteście znani" - padła odpowiedź. Wyjazd był niesamowity. Sam koncert takoż. Ugoszczono nas po królewsku, a i zapłacono godnie, choć był to koncert w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, o zgrozo. No właśnie - wcześniej już pisałem, że najlepiej płatne w naszym przypadku koncerty, były koncertami charytatywnymi. To straszne, ale w tym kraju wesoło nie mają nawet bandy z wysokiej półki. Miłość do muzyki powoduje jednak odruch samarytański. Nic piękniejszego w życiu przydarzyć się nam nie mogło.

Bywały i trudne chwile. Najtrudniejsza przyszła miesiąc później. Kiedy poczuliśmy się pewniakami, kiedy przestaliśmy się stresować tym, co stanie się na scenie, dostaliśmy nauczkę na całe życie. Nauczkę, która przyda się nam do końca życia. Otrzymaliśmy możliwość supportowania Lao Che. Kuba wtedy zdał bardzo ważny egzamin i zaczęliśmy świętować. Na scenie instrumenty wypadały nam z rąk i w poczuciu totalnego obciachu zeszliśmy ze sceny przed czasem. Było nam kompletnie wstyd przed publicznością, ale i przed muzykami Lao, którzy dali nam szansę. Od tamtej pory ilość spożywanego alkoholu przed występami ograniczyliśmy praktycznie do zera. Od tamtej pory nasze występy są jeszcze lepsze. Spięty dostał od nas później płytę i skomentował to tak: "no, kurwa, po tym co widziałem pomyślałem sobie 'słaba kapela', ale zmieniam zdanie." Te wydarzenia były nam również bardzo potrzebne. Następne koncerty były już bardzo dobre. A wyjazd do Tomaszowa Lubelskiego był tego kwintensencją. Rzadko bywa, że organizatorzy dbają o zespoły, a Bartek Romowicz to mistrz ponad wszystkich. Zostaliśmy ugoszczeni po królewsku, odwdzięczając się super sztuką. Spaliśmy w akademiku, rozróba była przeokrutna. Cały budynek zwalił się do naszego pokoju i od tamtej pory traktujemy Tomaszów jako jedno z naszych ulubionych miejsc. Po powrocie z Tomaszowa weszliśmy do studia, by zarejestrować krążek "Le Moor - EP". Pierwszy profesjonalnie wytłoczony. Zawierał 5 numerów. Współpracą z nami, a nade wszystko z Dawidem, zachwycał się realizator Jakub Ziemba (kiedyś gitarzysta KSU). Powstały świetne nagrania. Szewca już nie gramy, Padnij sporadycznie, ale nagranie brzmi bardzo dobrze i nie możemy się go do dzisiaj powstydzić. Choć dwa lata później nagraliśmy rzecz, która bije na łeb tamto nagranie. Ale, mimo wszystko, EP to dobra pozycja!

Dwa tysiące dziesiąty rok to również sporo koncertów i nowe numery. Do repertuaru weszły hitowe Dam Ci Dychę i Jeden jest Bóg. Numery kompletne, świetnie zaaranżowane, z energią i dobrymi tekstami. Jestem z nich dumny. Tomaszów znów nas zaprosił, a w drugiej połowie roku menedżer Kultu, Piotr Wieteska (zawsze życzliwy) dał nam możliwość goszczenia na październikowej trasie Kultu. Tym samym byliśmy jedną z trzech kapel, która dostąpiła tego zaszczytu. Wspaniale wspominam wyjazd i koncert w warszawskiej Stodole. Cóż się tam działo w garderobie! Naprawdę, to była fantastyczna sprawa i przedsmak tego, co przed nami, bo nazajutrz graliśmy w rzeszowskim Live, a tydzień później przyszedł najważniejszy test dla Le Moora w dotychczasowej przygodzie z muzyką. Tak! Mieliśmy zagrać w katowickim Spodku, przed Kultem oczywiście. Z kolbuszowskiego K2 do katowickiego Spodka. Sami w to chyba nie wierzyliśmy, ale jednak - to prawda - mieliśmy tam zagrać. I zagraliśmy dla kilku tysięcy ludzi, którzy wcale nie gwizdali. Przeciwnie, byliśmy proszeni o bis, a echo tego koncertu rozbrzmiewało jeszcze długo, bowiem maile z prośbami o płyty napływały z całej Polski. I Dawid przestał grymasić, bo był taki moment, że chciał nam zasugerować, żebyśmy może poszukali kogoś innego. Szczerze, chciało mi się płakać jak dziecku, ale jesień dwa tysiące dziesiątego roku wszystko zmieniła. Wstąpiły w nas nowe siły. Myślę, że to był taki moment, kiedy większość zespołu pomyślała: 'kurde, ja chcę tak do końca życia'. A zaraz po mini-trasie z Kultem pojawiła się propozycja mini-trasy z Farben Lehre. Szczególnie koncert w Cieszanowie był zajebisty. Czad z dupy na maksa, mawiała kiedyś moja koleżanka.

Prawdziwy przełom nastąpił jednak w dwa tysiące jedenastym roku. Niemalże wszystkie koncerty, które zagraliśmy były na totalnym wypasie. Pełne sale i rozpizd. Wspólne koncerty z Kamilem Bednarkiem i Farben Lehre dodały nam pewności siebie przed Przeglądem Kapel Rockowych w Krakowie. Po drodze jeszcze zaliczyliśmy osiemnastkę naszych wielkich przyjaciół z najwspanialszej grupy w Polsce - TPN 25. Tutaj w Le Moorze po raz kolejny zaśpiewał Kazimierz Staszewski. Spontanicznie i zajebiście. Sprawdźcie na jutubie ;) No właśnie, załapaliśmy się do finałowej szóstki na imprezie, w której chęć uczestnictwa wyraziło 100 bandów z calej Polski. Jury doborowe, w którym zasiadał m.in. znany bębniarz Artur Malik. I co? Mamy jechać na finał, a Kuba w tym czasie leci na wycieczkę do Barcelony. Byliśmy załamani. Zmobilizowaliśmy Rafała Czachora (ogromny szacun) z Exitów, żeby nauczył się naszych piosenek i zastąpił Kubę. Dojechaliśmy do Krakowa pełni obaw. Mieliśmy jednak wsparcie w grupie naszych sympatyków. Ba, chyba byliśmy jedyną kapelą na tym przeglądzie, która miała wspólną publiczność. Wylosowaliśmy numerek 3, co oznaczało, że gramy jako trzeci band z kolei. Nasz półgodzinny występ zatrząsł klubem Forty Kleparz w Krakowie. Szkoda, że nie mogliśmy zabisować. Czułem, że mamy szansę na wyróżnienie. Jury ogłasza wyniki. 6 miejsce, 5 miejsce, 4 miejsce, dalej nas nie ma, co oznaczało mniej więcej tyle, że jesteśmy w pierwszej trójce. 3 miejsce, ..... nie, to nie my! 2 miejsce, myślę: na pewno Le Moor! Ależ, kurwa, skąd!!! Le Moor wygrał ten przegląd. Szaleliśmy ze szczęścia jak dzieci. Impreza zaczęła się na dobre. Jedną z nagród było wytłoczenie płyty. Jako że mieliśmy limit czasowy, zdążyliśmy nagrać tylko 3 numery. Ale nagranie samo w sobie jest pyszne i jesteśmy z niego dumni. Puszczajcie to w świat! Bo tak czy inaczej, bo prędzej czy później, usłyszysz Le Moora, a głupio będzie nie znać na koncercie tak dobrych piosenek, płynących z naszych dusz, umysłów i serc.

 

Historia spisana w natchnieniu po urodzinowym koncercie Le Moora (6 lat na scenie). Bo było pięknie.

Ściskam,

Dorian

2010 LeMoor  •  Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie MTWeb  •  Agencja Interaktywna